Anafora – o śpiewie koptów na pustyni

Zapiski o Egipcie chciałabym zacząć od wytłumaczenia Wam, gdzie tak konkretnie byłam przez większość czasu. Nie pojechałam bowiem tym razem na turystyczną wycieczkę, żeby plażować i nurkować, ale na szczególny rodzaj pielgrzymki. Ta podróż, zaplanowana już kilka miesięcy temu, od początku owiana była tajemnicą. Kilkukrotnie wahałam się, czy kupować bilety, ponieważ nie tylko wybierałam się do kraju, który powszechnie uznawany jest za niebezpieczny. Wybierałam się z wizytą do koptów, czyli egipskich chrześcijan, których wiara w Egipcie spotyka się z brutalnymi prześladowaniami. Wybierałam się tam na spotkanie z setką egipcjan i setką młodych chrześcijan innych narodowości. Nie zaprzeczam, na myśl o tym że ktoś nieprzyjazny dowie się o tego rodzaju zjeździe, pojawiał się we mnie niepokój. Na szczęście nie należę do osób, u których wszelkie obawy mogłyby zwyciężyć nad chęcią poznawania nowych miejsc i kultur.

 

Wyjazd nie odbył się zupełnie bez przeszkód, o czym wspominałam na bierząco na facebooku, jednak ostatecznie w środku nocy wylądowałam w Kairze, skąd klimatyczny busik zabrał mnie i grupę innych przybyszów do ośrodka Anafora.

Samochód pędził jak szalony przez stolicę Egiptu mijając oświetlone minarety niezliczonych meczetów, które podziwiałam już z samolotu i przekraczając szerokie wody Nilu, w kierunku autostrady Alexandria Desert Road.

Kiedy za oknem zabrakło świateł miasta, przysnęłam trochę, aby przed samym świtem przebudzić się przed bramą koptyjskiego świata. Mężczyźni w długich sukniach otworzyli przed nami bramę, a po kilku minutach drogi przez palmową aleję natrafiliśmy na kolejną, przy której również nocni stróże czekali aby wpuścić nas do środka. Jeszcze kawałek drogi i wysiadamy. Trudno mi opisać zachwyt, który odczułam w pierwszej chwili na widok budynków w kolorze pustyni, stojących tu i ówdzie glinianych stągwi, małych palm wyrastających prosto z piasku, a to wszystko w otoczeniu ciszy porannego wschodu słońca. Co zadziwiające rosło nam mnóstwo drzew. Po ustawionych w kręgi ręcznie plecionych krzesłach widać było, że Anafora to miejsce spotkań.
Zaproszono nas na śniadanie (w gruncie rzeczy już świtało), przydzielono pokoje i dowiedziałam się, że tego dnia mogłam spać jeszcze kilka godzin, co przyjęłam z wielką radością. Zaskoczyły mnie również warunki mieszkania, dwuosobowy pokoik z własną łazienką dzieliłam przez tydzień z nowo poznaną Victorią. W pokoju był wiatrak i nawet lodówka, a nad każdym łóżkiem moskitiera, o której przydatności miałam później okazję się przekonać, bo gdy raz padłam do snu bez założenia jej na siebie, obudziłam się dosłownie ze swędzenia, tak zaatakowały mnie egipskie komary. Cieszyłam się ogromnie z łazienki w pokoju, dopóki chcąc się umyć odkryłam, że woda w prysznicu ledwo kapie, przypominając mi o tym, że nie należy spodziewać się jej obfitości na środku Sahary.  
Wstałam choć po krótkim śnie, to z wielkim entuzjazmem, słysząc za oknem żywe rozmowy. Do Anafory przyjechała setka młodych ludzi z Egiptu oraz druga setka z innych krajów Afryki, ale także Europy (tak jak ja), Azji oraz Ameryki Północnej. Czas na poznawanie i odkrywanie! Po kilku formalnościach rozpoczęliśmy dzień pierwszą modlitwą w tradycji koptyjskiej. Chociaż uczestniczyłam wcześniej w nabożeństwach ortodoksyjnych, ten mały kościółek na piaskach Sahary pokryty prostymi, plecionymi dywanami to kompletnie inna bajka. Można się w nim poczuć jak jeden z chrześcijan pierwszych wieków, wpatrzeć w padające przez otwór w suficie światło, wsłuchać w śpiew zakonników. Niesamowite doświadczenie!

Po modlitwie i obiedzie przywitał nas ciepło gospodarz miejsca, biskup Thomas. Człowiek o wielkich radosnych oczach budzący bezgraniczne zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Koptyjski biskup opowiedział nam trochę o swoim kościele i tradycji i o tym jak wpadł na pomysł utworzenia Anafory.  Nie zabrakło też przemówienia ze strony brata Aloisa, przeora Taize, które było współinicjatorem tego spotkania. Pomimo oficjalności tych powitań panowała ciepła atmosfera bliskości i otwartości. 

Zdjęcie po prawej stronie wykonała Wiesia => https://www.flickr.com/people/wiesia/

Potem dzień minął nam na warsztatach i dyskusjach, które pozwoliły nam się poznać, podzielić swoim spojrzeniem na chrześcijaństwo, ale przede wszystkim posłuchać o doświadczeniach egipcjan.   Jeżeli szukacie odpowiedzi na to, czy Egipt jest niebezpieczny, to odpowiedź egipcjan brzmi: nie. Są owszem w Egipcie miejsca, w których dzieją się naprawdę dramatyczne wydarzenia, jednak każdy z miejscowych, których poznałam twierdzi zgodnie, że są to po prostu małe wioski na odludziach, w których brakuje podstawowej edukacji. Nie jest to jednak równoznaczne z tym, że nie brakuje dyskryminacji. Społeczeństwo muzułmańskie jest niepodważalną większością w Egipcie i jej przedstawiciele stanowią władzę państwową, która niestety dyskryminuje egipcjan innych wyznań. Osobiście nie doświadczyłam podczas swojego wyjazdu żadnego niebezpieczeństwa, a w kolejnych wpisach opowiem Wam też o Gizie i czasie, który spędziłam sama w Kairze. Podróżnika może jednak napotkać refleksja, dlaczegóż to w samochodach mijanych na autostradzie widać broń niemałego kalibru?
Powróćmy jednak jeszcze do oazy spokoju, którą jest Anafora. Pierwsze dwa dni w Egipcie spędziłam wyłącznie tam, dzieląc czas, koptyjskie liturgie i koszerne posiłki z dwustuosobową grupą ludzi. Dzień zaczynaliśmy eucharystią o godzinie 6 rano. Do kościoła szło się w chłodzie poranka, kiedy jeszcze było całkiem ciemno, a wracało po godzinie w niemal pełnym słońcu. Z samej liturgii niewiele rozumiałam. Śpiewy koptów nie są melodyjne i trudno cokolwiek załapać, aczkolwiek było coś magicznego w przysługiwaniu się im. Zauważyłam też dowolność postawy wśród modlących się. Komu wygodnie ten stał, inny siedział, jedni na krzesłach, inni na podłodze. Nie jestem pewna czy tak jest w każdej koptyjskiej świątyni, ponieważ Anafora to dość szczególne miejsce, a nasze spotkanie było ekumeniczne. Obrządek przypominał nieco prawosławny, zakonnicy sprawowali liturgię  po części schowani za ołtarzem. Mały kościół, który wieczorem oświetlają tylko świece, gdzie podłogę ścielą kolorowe, proste dywany, a w górze unosi się dym kadzidła. Jedynie ten cichy niepokój nastawał, kiedy z daleka dochodziły nas nagłaśniane śpiewy z meczetów, które przypominały, że nie jesteśmy w miejscu absolutnie przyjaznym chrześcijanom. Tego się nie da opisać. Ale wierzcie mi, że coś niesamowitego w tym było.
Spacery po Anaforze i jej odkrywanie co i róż przynosiło niespodzianki. Chwila spaceru prowadziła do amfiteatru, w którym niesamowicie wyglądała woda podświetlona wieczorami, gdzie spędzaliśmy wieczory na tańcach i śpiewach. W dzień poszłam odkrywać farmę, gdzie sadzi się drzewa oliwek i gdzie wypasają się stada owiec. Zerwałam sobie z palmy dojrzałego daktyla. Poza tym, większość budynków zapraszała schodkami do wejścia na dach. Najpierw odważyłam się wejść na dach budynku, w którym mieszkałam, potem na dach kościoła i tak wędrując poznawałam najróżniejsze zakamarki. Można było pójść nawet jeszcze dalej, do miejsca w którym buduje się nowy kościół. Droga była jednocześnie pustynna i obrośnięta kolorowymi kwiatami. Cały ten wielki-mały świat gdzieś na pustyni po prostu zauraczał na każdym kroku. Popatrzcie na zdjęcia!
  Dzień kończył się wieczorną modlitwą, a potem tańcami w amfiteatrze. Chociaż wstawaliśmy rano nikt nie myślał wtedy o spaniu. Dwóch kolegów z Etiopii co wieczór przygrywało nam na fujarkach. Najciekawszy był nasz ostatni wieczór, podczas którego przedstawiciele każdego z państw mieli zaprezentować coś ze swojej kultury. Nie raz brałam udział w podobnych wydarzeniach, ale w tym miejscu i czasie zrobiło ono na mnie większe wrażenie. Jak przekazać zachwyt nad arabskimi pieśniami śpiewanymi w tak magicznym miejscu i niosącymi się daleko przez pustynną ciszę?

 

Tutaj możecie podejrzeć krótki urywek z mojego porannego wejścia do świątyni <klik>

Wrzuciłam też fragment śpiewu kolegów z Etiopii <klik>

 

Możecie też zajrzeć na stronę samej Anafory, która jest miejscem otwartym i jeżeli zamarzy Wam się pobyt tam, możecie śmiało wskakiwać w samolot.

Tymczasem z niecierpliwością czekam na komentarze! Czy spodobała Wam się Anafora?

4 myśli na temat “Anafora – o śpiewie koptów na pustyni

Dodaj komentarz