Szalona Małgośka i buty w klatce pod sufitem – czyli o belgijskim piwie

Moje podniebienie ma z Belgią cztery oczywiste skojarzenia: frytki, gofry, czekolada i PIWO! Z nich wszystkich o dziwo najbardziej upodobałam sobie to ostanie. O dziwo, bo nie jestem piwnym smakoszem, ani w ogóle wielką fanką napojów alkoholowych, za to kocham czekoladę. Być może ta nagła sympatia do lokalnego trunku powstała w związku z ciekawą tradycją napotkaną w gandawskim pubie - Pub De Dulle Griet. Możemy tam zamówić piwo podawane w koetsiersglas, czyli szklance stangreta (woźnicy), z którą wiąże się ciekawa historia.

 

Być może patrząc na tytuł tego posta, zastanawiacie się czy nie pisałam go po wypiciu kilku belgijskich piw. Spokojnie - to było kilka dni temu, a dzisiaj opowiem Wam o tej piwnej przygodzie.

Pod koniec XVIII wieku w Dendermonde (pomiędzy Gandawą a Antwerpią) funkcjonował zajazd De Hoorn, którego właścicielem był piwowar - Pauwel Kwak. Stangretom nie można było opuszczać swojego wozu, aby wejść do zajazdu i wypić piwo.

Z myślą o nich Kwak wynalazł wydłużoną szklankę z wypukłym dnem, którą umieszczało się w specjalnym drewnianym uchwycie. Taki uchwyt przymocowany był to wozu, aby stangret nie musiał się martwić, że rozleje napój. Dziś w Belgii nie trudno znaleźć piwo o nazwie Kwak, które produkuje się ku pamięci twórcy szklanki - klepsydry. Nie wynalazł go jednak sam Pauwel.

W pubie De Dulle Griet możemy zamówić piwo Max van het Huis podawane w słynnych koetsiersglas o pojemności 1.2 litra. Wielkie szklanki, do których uchwytu doprawiono podstawkę, aby można ich używać również przy stole robią w mieście furorę zarówno wśród turystów, jak i lokalnych bywalców pubu. Aby zapobiec kradzieżom słynnych i do tego wartościowych naczyń, właściciele wpadli na dość oryginalny pomysł. Ktokolwiek zamówi dziś Max van het Huis, będzie poproszony o zdjęcie jednego buta. Tego buta pracownik baru umieści w koszyku, a koszyk zostanie podwieszony pod sufitem w głównym pomieszczeniu. Dopiero kiedy oddamy pustą szklankę, dostaniemy z powrotem nasze obuwie.

Większość klientów pubu siedzi więc w wesołości z jedną bosą stopą. Ciekawe ile osób ma problem założyć swojego buta znowu na nogę po wypiciu 1.2 litra 7.5 - procentowego piwa. Swoją drogą, że też parę wieków temu nikt nie karcił stangretów za powożenie pod wpływem. To musiały być ciekawe czasy…

No dobra! Tylko wyjaśnijmy sobie jeszcze o co chodzi z Szaloną Małgośką. Wierzcie mi lub nie, ale tak właśnie po polsku przetłumaczymy nazwę pubu - De Dulle Griet. Szalona Małgośka to burgundzka bombarda, jedna z największych w historii. To wielkie działo stoi sobie przy rynku w Gandawie, ale postanowiono oszklić jego otwory, bo zdarzało się, że nocą przysypiało się w środku studentom upojonym w pubie....

Jeszcze galeria zdjęć!

Zdjęcia od Przemka:

 

Ktoś reflektuje takie piwko? A może już próbowaliście?

Jeśli nie - w te pędy do pięknej Gandawy!

 

 

2 myśli na temat “Szalona Małgośka i buty w klatce pod sufitem – czyli o belgijskim piwie

Dodaj komentarz