Merthyr Tydfil – prowincja na skraju Brecon Beacons

Planując wakacje w Walii, siedząc przed komputerem w pracy i wpatrując się w mapę szukałam miejsc, które mogłabym odwiedzić. Nie kupiłam przewodnika, nie naczytałam się internetów, po prostu gapiłam się godzinami w mapę i klikałam w nazwy miejscowości poszukując czegoś inspirującego. Około czterdziestu kilometrów na północ od Cardiff znajduje się park Brecon Beacons. Sama jego nazwa bardzo mi się spodobała, a zdjęcia, które jako pierwsze pokazały mi się w internetach sprawiły, że wizyta w tym miejscu stała się moim priorytetem. Im więcej informacji o nim zaczęłam szukać tym bardziej mi się podobał. Koniecznie chciałam znaleźć nocleg na terenie parku i odpocząć przez chwilę na łonie natury w dzień wędrując, a w nocy patrząc w gwiazdy.

Rzeczywistość okazała się nie aż tak sielankowa, ponieważ noclegi na terenie parku były wyprzedane, albo kilkukrotnie przekraczające mój budżet. Nieco niechętnie zarezerwowałam w końcu małe mieszkanko w mieście na skraju gór.

Do Merthyr Tydfil przyjechałam z Cardiff autobusem. Nietrudno go znaleźć, gdyż zatrzymuje się zaraz przy głównej ulicy - St. Mary Street. Można też dojechać tam pociągiem, ale te, są o wiele droższe, a przynajmniej na razie nie prezentują oszałamiających standardów. Kierowałam się więc radą babci, która podwiozła mnie pierwszego dnia z Penarth do Cardiff, aby unikać jazdy pociągiem.

Wysiadłam wieczorem w małym miasteczku, na dość starym i zaniedbanym dworcu autobusowym. Mapy w telefonie pokazały mi kierunek noclegu, więc powoli ruszyłam w jego stronę. Droga cały czas prowadziła pod górę. Szło mi się całkiem nieźle, bo za każdym razem miałam nadzieję, że za rogiem czeka mnie już prosta droga, jednak tak nie było. Szłam coraz wyżej i wyżej. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce, niemalże na szczycie całkiem ładnej góry, właściciele widząc mnie złapali się za głowę. Byli przekonani, że przyjadę samochodem, a widząc, że tak nie jest zapewniali, że wystarczyło zadzwonić, a podjechaliby po mnie na dół. Ja jednak wcale nie żałowałam. Potraktowałam ten spacer jako rozgrzewkę przed kolejnym dniem.

Moje mieszkanko było absolutnie urocze! Był to osobny budyneczek obok domu właścicieli, urządzony z dbałością o detale i słodkie niespodzianki w słoikach i pudełkach. W kuchni znalazłam co nieco na kolację i śniadanie, a wieczorem z gorącą herbatą i pod kocem zrelaksowałam się czytając ulotki i książki o okolicznych atrakcjach, które znalazłam na stoliku.

Gospodarze poradzili mi, że rano mogę zjechać do miasta busikiem. Bilet kosztował bodaj funciaka, a dzięki niemu w kilka minut znalazłam się na dole. Nie wiem czemu, byłam przekonana, że autobusy do Brecon kursują co najmniej raz na pół godziny, okazało się jednak, że muszę poczekać około dwóch godzin i przez moment wahałam się czy nie zacząć po prostu spacerem iść w kierunku parku i spróbować łapania stopa. Ostatecznie jednak postanowiłam poznać nieco Merthyr Tydfil. Była to dobra decyzja!

 

 

W Merthyr doprawdy nie ma wiele do zwiedzania, aczkolwiek to prowincjonalne miasteczko urzekło mnie używanym przez mieszkańców językiem walijskim. Spacerując wsłuchiwałam się jak na lokalnym targu sprzedawcy nawołują klientów, jak starsze panie plotkują przy kawie, a na ławeczkach w mieście próbowałam wyczytać co nieco, ale walijski jest tak do niczego niepodobny, że po kilku próbach postanowiłam się poddać.

 

 

Zobaczyłam kilka ładnych budynków przy głównej drodze, wypiłam kawę i wróciłam na dworzec. Miasto wydawało mi się tak niewielkie, że trudno mi uwierzyć, że jest to czwarta największa aglomeracja Walii. Szukałam też znaczenia jego nazwy, które okazało się raczej smutne. Tydfil miała być legendarną córką króla Brychana, która nawróciła się na chrześcijaństwo i została brutalnie zamordowana przez pogan. Dlatego też ‘merthyr’, co oznacza ‘męczennica’.

W Merthyr poczułam powiew małomiasteczkowości, z gościnnością mieszkańców i prostotą codzienności. Porozmawiałam z przypadkowym panem siedzącym samotnie na placu i mówiącym po angielsku z wyjątkowo ciężkim akcentem oraz pokręciłam się po centrum handlowym pełnym pstrokatych i kiczowatych sklepików. Chociaż była to właściwie krótka chwila, bardzo ciepło wspominam to miejsce i serdecznie polecam jako bazę wypadową do Brecon Beacons. 

 

 

O tym co było dalej i jak wygląda wycieczka na Pen y Fan przeczytacie już wkrótce, chociaż w rzeczy samej więcej będzie tam zdjęć niż rozprawiania. A jak spodobało Wam się Merthyr?

 

 

Jedna myśl na temat “Merthyr Tydfil – prowincja na skraju Brecon Beacons

Dodaj komentarz