Pen Y Fan – bajeczny szczyt

Pen Y Fan (czyt.: peni wan) to najwyższy szczyt na południu Wielkiej Brytanii. Jego nazwę tłumaczy się z języka walijskiego jako Szczyt Brecon Beacons, czyli parku narodowego Walii, w którym się znajduje. Kiedy wracałam z niego na stopa z dwoma Walijczykami, nie mogli się nadziwić co mi odbiło, że wybrałam sobie to miejsce na wakacyjny odpoczynek. Czy było warto? Oceńcie sami!

Ostatnio mogliście poczytać o Merthyr Tydfil, które było moją bazą wypadową. Podróż w środek parku do Storey Arms, skąd planowałam rozpocząć wspinaczkę na Pen y Fan’a, była bardzo krótka. Rada dla Was brzmi: skorzystajcie wcześniej z toalety! Kiedy już zajedzie się do Storey Arms nie ma tam dokąd udać się za potrzebą. Nie ma ani lasu, ani nawet krzaczka! Wzgórza pokryte trawami zapierają dech, ale gdyby tak zaparło was coś innego to nie będzie dokąd pójść.

No dobrze! Więc w drogę! Byle nie za szybko, żeby móc się napawać cudownymi widokami.

Po wejściu na pierwsze wzniesienie czekała mnie chwila zwątpienia, gdyż okazało się, że aby ruszyć na Pen Y Fana, najpierw trzeba będzie zejść pod samo jego podnóże. Chociaż szłam sama, nie czułam odosobnienia. Fakt, że właściwie przez cały czas widziałam drogę i cel sprawiał, że w zasięgu wzroku miałam innych wędrowników. Pomimo tego, że nie jestem wprawionym górskim zdobywcą szło mi się świetnie i sprawnie. Skłoniło mnie to nawet do głębszej refleksji nad tym, że droga jest łatwiejsza do pokonania, kiedy na horyzoncie, nawet jeśli to wciąż daleko widać cel. Co chwilę można podnieść głowę i zobaczyć jak każdy krok nas do niego przybliża. Czy nie tak właśnie jest w życiu? Chociaż mimo wszysztko w czasie wędrówki warto też porozglądać się w inne strony i pogonić za owcami, które pasą się na zboczach.

 

Im bliżej, tym bardziej strome podejście. Ale to jeszcze nie cel. Szczyt, który widać było na poprzednich zdjęciach to Corn Du, z którego już nie było daleko. 

Zaczęło nieco padać, przez co kamienie stały się śliskie i te ostatnie kroki ku górze należało stawiać nieco  bardziej ostrożnie. Chwilę później jednak wiatr przegnał pierwsze chmury i rozpostarły się przede mną widoki na rozległe tereny Brecon Beacons.

Chwila przerwy na walijskie ciastko i podziwianie krajobrazu. Na górze spotkać można więcej ludzi, ponieważ trasa ze Storey Arms jest tylko jednym z wielu szlaków, które można wybrać aby dotrzeć na Pen y Fan'a. 

Z Corn Du do naszego celu idziemy już właściwie po górskim grzbiecie i za chwilę jesteśmy na miejscu, gdzie kamienna tablica czeka na zrobienie pamiątkowego zdjęcia. Tutaj dopiero przysiadłam na dłużej, żeby napawać się widokiem na tę zieloną pustynię po której biegają wolno owce.

Na szczycie było wietrznie i zimno! Spędziłam tam na dłuższą chwilę, żeby skonsumować lanczyk i napatrzeć się na okolicę. Po zasięgnięciu rady miejscowych postanowiłam wracać tą samą drogą, ponieważ pogoda szybko się zmieniła i niedługo zaczęło padać.

A potem nastąpiła totalna ulewa. Gdzie podziali się Ci wszyscy ludzie, których widziałam w drodze w górę? Wracając miałam wrażenie, że w około nie ma nikogo. Wszędzie chmury i deszcz, a spodnie i buty przemokły mi do zera. Takie chwile też są dobre. Niesamowicie hartują ducha, bo przecież nie można usiąść i się rozpłakać! Trzeba iść przed siebie pomimo iż ścieżka zamienia się w potok, a potok zamienił się w rzekę, którą trzeba było przekroczyć.

Szczęśliwie dotarłam znów do Storey Arms. Rozkład jazdy zapowiadał najbliższy autobus za 40 minut, a ja przecież stałam trzęsąc się z zimna. Widząc dwóch panów schodzących z tej samej ścieżki, którą dopiero co opuściłam i idących w stronę parkingu zagadałam, czy nie zabraliby mnie do Merthyr. Zgodzili się! Byli tak niesamowicie zaskoczeni, że ktoś przyjechał do Walii tak po prostu na wakacje i to jeszcze wybrał się na Pen Y Fana. Z rozmowy z nimi oraz innymi Walijczykami poznanymi podczas podróży wnioskuję, iż nie jest to naród lubujący się w podróżach. Kiedy zabawiałam mojego kierowcę i jego kolegę historiami z wyjazdów podsumowali mnie jako 'albo tak odważną, albo szaloną'. Myślę, że prawdą jest i jedno i drugie. 

Wspinaczka nie była ekstremalna, choć nie należała też do najbanalniejszych. Skończyła się przemoknięciem do suchej nitki i suszeniem w moim domku w Merthyr Tydfil, gdzie na szczęście poratował mnie gorący kaloryfer. Ale powiedzcie sami! Czy nie było warto?

 

Jedna myśl na temat “Pen Y Fan – bajeczny szczyt

  1. Bardzo bardzo podoba mi się ten odcinek. Zdjęcia i treści-super. Najbardziej zachwycające jest zdjęcie ludzkiego profilu ukształtowanego w zboczu góry. Gratulacje!!!

Dodaj komentarz