Arabska noc w Kairze

Dajcie się zabrać w sam środek kolorowego, arabskiego, nocnego życia na ulicach Kairu. Porwałam lampę Aladyna i dżin został moim przewodnikiem po zmroku. Jesteście ciekawi dokąd mnie zabrał? Wsiadajcie za mną do białej taksówki, gdzie z głośników lecą arabskie rytmy. Okna otworzymy na oścież, żeby słyszeć donośne śpiewy dochodzące z wszechobecnych meczetów i poczuć trochę zakurzony wiatr we włosach. Co za cudowne uczucie po upalnym dniu!

Nie ma zwiedzania bez dobrej energii, także pierwszym punktem będzie posiłek. Zapraszam do restauracji Felfela pomiędzy Placami Tahrir i Taalat Harb. Felfela to miejsce licznie odwiedzane przez turystów, obsługa mówi po angielsku. Co chwila otwierają się drzwi i okazuje się, że to tu zaglądają przybysze z całego świata, żeby rozsmakować się w egipskiej kuchni. Nic mnie nie obchodzi fakt, że to tak turystyczne miejsce ponieważ sprawiło, że śnią mi się teraz nadziewane liście winogrona, rozpływające się w ustach kofty i kebaby, najlepsze jakie w życiu jadłam. Menu, które otwiera się odwrotnie, przypomina nam o tym, że jesteśmy gośćmi w arabskim kraju. Jeśli wrócę do Kairu to będzie pierwsze miejsce, w którym się pojawię. Ah, ten klimatyczny wystrój pełen kolorowych lamp, drewnianych stołów, ale przede wszystkim niesamowitych dań. Na deser nie spodziewajcie się czekolady, w Egipcie się jej nie jada. Zamówić możemy za to mleczne desery z bakaliami. Palce lizać!
Nadchodzi jednak moment, kiedy trzeba ruszyć dalej. Łapiemy kolejny samochód, który wygląda na taki po co najmniej kilku stłuczkach, co niespecjalnie dziwi, kiedy widzi się ruchliwe drogi bez wielu elementów infrastruktury, po których po prostu pędzi się przed siebie, trąbiąc na co wolniejszych kierowców. Przygoda dopiero się zaczyna, bo wysiadamy u progu starego islamskiego świata. Jest późno, ale na ulicach ciągle gwar i tłum ludzi. Kupcy sprzedający wszystko i nic nawołują “chodź pokażę Ci moje dywany”, “u mnie oryginalny papirus”, “skuś się na nieziemskie perfumy, proszę, próbuję zarobić na ślub z ukochaną!”. To co na prawdę zachwyca mnie co krok, to te magiczne lampy.
Z jednej strony chciałoby się zatrzymać i chłonąć ten niezwykły klimat, z drugiej, nie jest to możliwe, bo jeśli zwolnimy kroku, zaraz ktoś wciągnie nas prawie siłą do swojego sklepu. Przecież jesteśmy bogatymi europejczykami i chcemy tu wydać tysiące egipskich funtów. Jest jednak moment, kiedy sprzedawcy zdają się zapomnieć o biznesie, klientach i swoim lokalu. Kiedy nadchodzi godzina modlitwy, odwracają się w kierunku Mekki i kłaniają Allahowi, jak przykazuje jeden z filarów wiary.

Tak jak planowałam, odwiedziłam jeden sklep w celu zakupu oryginalnego papirusu. Dobrze, że był ze mną mój przewodnik dżin, który pomógł się targować i potwierdzić jakość zakupu. Poniesiona klimatem miejsca zajrzałam jeszcze do kilku sklepików z drobiazgami, perfumami, biżuterią, dywanami. To ogromne targowisko wciąga!

Parę przecznic dalej skręcamy w poboczną uliczkę i przed oczami jawi nam się feeria barw. Ulica Muizz – chyba najbardziej znana w Kairze, zapiera dech w piersiach, kiedy po zmroku prezentuje ogromną, podświetloną fasadę meczetu sułtana Barquq. Na krawężnikach siedzi lokalna młodzież, za rogiem można wstąpić do prostego lokalu na sok z arbuza, nieopodal w restauracjach tętni nocne życie. Egipcjanie też urywają się z domu, żeby obejrzeć z kolegami mecz na mieście.

Szwędanie się po uliczkach starej, islamskiej części Kairu to odlot do innego świata. Gdybym była tam dłużej chętnie powtórzyłabym to jeszcze raz, albo dwa… albo codziennie. Na koniec podejrzymy jeszcze ogromny plac i meczet Al-Husseina. Nieopodal na bazarze kupiłam lokalne słodycze, składające się głównie z sezamu, nugatu i orzechów. Potem przez kilka tygodni przypominały mi one o tych miejscach.

Z wielkim niedosytem łapiemy kolejną taksówkę. Noc jeszcze młoda! Może nad Nil? Szerokie wody Nilu odbijają nocą światła licznych lamp, długich mostów i sieciowych, ekskluzywnych hoteli, gdzie śpią turyści biznesowi. Może niektórzy z nich zawitają wieczorem do eleganckiego lokalu nad wodą? Zapewne mieszkańców miasta nie stać na taką rozrywkę ponieważ okolica raczej świeciła pustkami. Właściwie to przez tę pustkę spacer nie był aż tak przyjemny, ale przecież miałam przewodnika, który totalnie mnie zaskoczył.

Był już późny wieczór, kiedy usiadłam w studenckiej kawiarni, gdzie młodzi ludzie oglądali właśnie stary, francuski, czarno-biały film z arabskimi napisami. Cóż za niecodzienne doświadczenie. Spotkanie miało dziś kółko filmowe, a po seansie zaczęła się dyskusja. W rogu siedziała urocza para, chyba na pierwszej randce, tak nieśmiało na siebie patrzyli. A ja zamówiłam ostatnią egipską miętę do picia i chłonęłam doświadczenia tej arabskiej nocy.
 
 

Tak mi szkoda, że mojego dżina miałam tylko na tę jedną noc. Kair jest miastem, które błaga, by spędzić w nim znacznie więcej czasu. Mam nadzieję, że i mnie i Wam będzie jeszcze dane wywołać kumpla z lampy Alladyna. 

 

Podaj dalej:

Facebook
Google+
Twitter

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *