Klify w Southerndown

Wspominając zeszłoroczne wakacje i początki blogowania sięgnęłam do zdjęć z Walii. Obok Penarth, czy też Brecon Beacons, które znalazły się już na stronie musicie zobaczyć cudowne klify, które podziwiałam w nadmorskiej wiosce – Southerndown.


To miejsce, to kolejny wynik mojego klikania po mapie i szukania randomowych, ciekawych miejsc. Chociaż właściwie Southerndown kompletnie nie było mi po drodze z Cardiff do Pen Y Fana, to jednak jakaś siła mnie tam ciągnęła. Cieszę się z tego faktu, bo jest to kolejny punkt na mapie do którego z rozmarzeniem sięgam pamięcią. Zdjęć zrobiłam tam wyjątkowo dużo, możecie je zobaczyć w galerii.

Aby dojechać do Southerndown wsiadłam w autobus w Cardiff. Za 7 funtów kupiłam bilet dobowy, na którym przejechałam później jeszcze wiele kilometrów. Przystanek autobusowy znajdował się przy St Mary Street, zaraz nieopodal głównego dworca i stamtąd dojechałam do miasteczka Bridgend. Następnie wskoczyłam już w lokalny autobus, który wysadził mnie niemal w szczerym polu. Nie zmartwiłam się specjalnie tym faktem ponieważ owo szczere pole zapełnione (jak to w Walii) owieczkami cieszyło oczy i towarzyszyło mi swoją zielenią w dalszej drodze na piechotę. Kilka minut później minęłam przydrożny pub, ale do niego zajrzymy później.

Było jeszcze przed południem, około godziny dziesiątej. Asfaltową drogą zeszłam w dół nad zatokę. Na miejscu było kilku ratowników wodnych czatujących w swojej budce i poza tym nikogo. Po skalnym wybrzeżu zaczęłam spacerować po śliskich, podlewanych morskimi falami głazach pod wysokie i majestatyczne klify. Ciszą i prawie totalną pustką nie cieszyłam się bardzo długo, bo wkrótce po mnie zjechało się w to miejsce całkiem sporo ludzi. Widać było, że lokalsi wpadają tu zrelaksować się z okazji weekendu. Pospacerowałam jednak trochę pod masywem klifów, a potem po kawałku piaszczystej plaży.


Klify w Southerndown są częścią Glamorgan Heritage Coast – czyli 23-kilometrowego fragmentu Walijskiego wybrzeża uznanego za wspaniałe dziedzictwo tego państwa. Klify złożone są z warstw skał wapiennych oddzielonych miększymi warstwami łupka ilastego, który z powodu swojej kruchości często odpada od formacji. Niezwykłe jest to, że ten krajobraz zawdzięczamy okresowi wczesnej jury, czyli czasom kiedy po ziemi chodziły jeszcze dinozaury! Miejsce będące dziś walijskim wybrzeżem powstało nad gorącym morzem nieopodal równika. Większość skał powstało z nagromadzenia milionów muszelek lub malutkich morskich żyjątek pomieszanych z błotem, które napłynęło do morza z starożytnych rzek. Ostatecznie z setek metrów takiego osadu utworzyło skały wapienne.

Kiedy na skałkach zrobiło się tłumniej, ja udałam się na szczyt jednego z klifów i zajadając się pistacjami podziwiałam okolicę. Potem ruszyłam na spacer dalej przed siebie. Ścieżka bywała wąska i na dodatek śliska więc trzeba było uważać na kroki, jednak spacer wart był widoków, które wyłoniły się zza otaczającego zatokę klifu o nazwie Witches Point.
Spacer doprowadził mnie do ruin dziewiętnastowiecznego zamku Dunraven wybudowanego przez właściciela tego terenu – Thomasa Wyndhama, a zaprojektowanego przez jego żonę. Niewielki zamek i resztki otaczających go niegdyś murów pięknie uzupełniały krajobraz.

Droga prowadziła znowu w kierunku Southerndown. Minęłam znowu zatokę i klify, żeby udać się do przydrożnego pubu, trochę ogrzać i coś zjeść. Potrzebowałam się także dowiedzieć jak najlepiej będzie mi jechać tego samego dnia do Merthyr Tydfil, gdzie planowałam nocleg. Atmosfera w lokalu była totalnie swojska. Ludzie uśmiechnięci. Zamówiłam jakiegoś burgera i lokalne małe piwko. Pomimo sierpnia, przez przelotne deszcze byłam lekko wyziębiona i zmęczona długim spacerem, ale to miejsce szybko postawiło mnie na nogi. Zwłaszcza, że kiedy postanowiłam podpytać o autobusy i kierunki, jedni z gości zaprosili mnie do swojego stolika i oprócz udzielania mi rad wypytywali też co mnie skłoniło do podróży po tak nieturystycznych miejscach. Walijczycy nie doceniają chyba potencjału swojego regionu, jednak fakt, że nad klify Southerndown nie przyjeżdżają wycieczki na pewno wpływa na na ich odbiór przez podróżników, którzy tu jednak zawitają. Ja byłam zachwycona. Po prostu zachwycona. Co z resztą w Walii stało się rzeczą normalną – właściwie każde miejsce tam miało według mnie specyficzny urok uzupełniany przez serdeczność mieszkańców.

Zasiedziałabym się w owym pubie najchętniej do wieczora. Niestety okazało się, że aby dojechać do Merthyr, muszę się udać znowu do Cardiff i tam zmienić autobus. Wrzuciłam więc plecak znowu na plecy i ruszyłam ku drodze, którą kursował autobus do Bridgend. Jeszcze trochę mogłam podziwiać fale nad wybrzeżem i zielone pagórki, a potem wskoczyłam do autobusu, którego kierowca (kursujący pewnie tam i z powrotem przez cały dzień) już mnie kojarzył i z uśmiechem przywitał znowu na pokładzie.

Inne wpisy z Wali:

Klify w Southerndown

Wspominając zeszłoroczne wakacje i początki blogowania sięgnęłam do zdjęć z Walii. Obok Penarth, czy też Brecon Beacons, które znalazły się już na stronie musicie zobaczyć

Czytaj dalej »

Zamek w Cardiff

We wszystkich przewodnikach, poradnikach, blogach, gdzie pojawia się Cardiff znajdujemy zamek tego miasta jako pierwszy punkt na liście miejsc do zobaczenia. Czy to prawda, że

Czytaj dalej »

Podaj dalej:

Facebook
Google+
Twitter

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *