Konno na czterotysięcznik – dzień II

Kiedy zasypiałam poprzedniego wieczoru, zaraz po cudnym, różowym zachodzie słońca nad górami, spodziewałam się nazajutrz rześkiego, słonecznego poranka. Rzeczywistość za drzwiami jurty zdążyła się jednak zmienić. Kiedy na początku, jeszcze w półśnie słyszałam uderzające o twardy, górski grunt ciężkie krople deszczu, zamykałam dalej oczy z nadzieją, że jeśli jeszcze się zdrzemnę, opady miną i wychylę głowę z namiotu ku rannemu słońcu.

Nadeszła jednak pora, by ostatecznie wstać i zmierzyć się z tym, że za oknem panowała wczesnozimowa pogoda. Na rzadkiej trawie zaczął stopniowo osiadać śnieg, konie puszczone wolno na noc trzęsły się z zimna, które też zahartowało mnie od razu podczas porannej przebieżki do wychodka. Szybkie, trochę powierzchowne mycie twarzy i zębów pozwoliło się na dobre obudzić, a chwilę potem gospodyni przyniosła do jurty gorącą zupę mleczną – bajka! Należało do niej dodać trochę masła i cukru, by złapać energię do wielogodzinnego trekkingu, który już wtedy zapowiadał się ciężko. Warunki dalszej drogi, które z lekkim strachem wyobrażałam sobie jedząc śniadanie, pół godziny później byłyby moim marzeniem. To miał być jeden z najbardziej ekstremalnych dni w moim życiu.

Powitałam Sunshine (tak nazwałam mojego konia) energicznym masażem jego trzęsącej się z zimna szyi aby dodać mu trochę otuchy. Szkoda, że nie udało mi się tym imieniem wywołać słońca, jednak zwierzę dzielnie ruszyło w dalszą drogę. Na horyzoncie góry tonęły w chmurach i nie minęło pół godziny, kiedy i my szliśmy w zastępie otoczeni bielą śniegu i obłoków nie widząc drogi, oprócz kilku, czasem kilkunastu metrów przed nami. Kiedy z rzadka pojawiały się prześwity, patrzyliśmy z podziwem w dół, wiedząc jak wysoko jesteśmy, a droga prowadziła wyżej i wyżej. Przez krótki czas widać było jeszcze szlak, ale nadszedł moment, gdy stanęliśmy pod stromym skalnym zboczem i musieliśmy zacząć wspinaczkę w górę.

Nasze cztery półdzikie, nie podkute konie zaczęły ślizgać się właściwie na każdym kroku, najpierw po drobnych kamyczkach, a potem po sporych kamieniach oprószonych śniegiem. Próbowałam wskazywać Sunshine jak najłagodniejszą śnieżkę, ale on i tak szedł swoją drogą, czasem doprowadzając mnie do irytacji. W czasie dwunastu lat jazdy konnej nabrałam przekonania, że konie to niezwykle mądre zwierzęta i nie raz wyjeżdżając w teren przekonałam się, że same instynktownie podążają najbardziej logiczną ścieżką. Tutaj niestety tak nie było. Wyuczone przez lata sposoby komunikacji ze zwierzęciem totalnie mnie zawodziły i z każdym krokiem doświadczając coraz większych turbulencji bałam się, że wylecę z siodła prosto na skały.

Chociaż droga była coraz bardziej stroma, skały coraz bardziej ogromne, konie coraz bardziej wycieńczone, nie myślało mi się o tym, by zawrócić. Nawet hipotetycznie. Od czasu do czasu spoglądając w dół nie potrafiłam sobie wyobrazić jak w takich warunkach moglibyśmy schodzić. Co by nie było, wspinanie się w górę było prostsze. Zaraz zaraz…. tylko jednak nastanie chwila, gdy zaczniemy zmierzać w dół – i tego obawiałam się najbardziej.

Wycieńczało mnie kurczowe trzymanie się siodła, ale starałam się przywołać tyle pozytywnych myśli ile tylko się dało, żeby spokojnym głosem zachęcać Sunshine do dalszej drogi. Były momenty, że nawet te silne zwierzęta zaczynały się buntować i panikować. Trudno się dziwić, założę się że nie pisały się na takie warunki. W chwilach, kiedy jedno ze zwierząt przeżywało okres buntu i stawało, lub wręcz rozważało zwrot w tył, Iris (nasz przewodnik) przywiązywał nas wszystkich do siebie i popędzając swojego rumaka, ciągnął za nim nasze. Jak dla mnie nie było to dobre rozwiązanie. Wtedy reszta nie miała już kompletnie szans i czasu aby ‘spojrzeć pod nogi’, ciągnięta na sznurze. W jednym z takich momentów, Sunshine poślizgnął się porządnie i nie miał szans się pozbierać będąc ciągniętym do przodu. W sekundę potem przewróciliśmy się na śliski fragment zbocza i mimowolnie zaczęliśmy zsuwać się w dół. To mogło się naprawdę źle skończyć. Jeszcze kilka metrów i pewnie nie byłoby dla nas ratunku. Całe szczęście, że udało mi się wyrzucić nogi ze strzemion i stanąć na ziemi. Chwilę potem podniósł się i przerażony Sunshine.

Oboje byliśmy cali, jednak potrzebowaliśmy chwili na uspokojenie nerwów. Oczywiście nie było czasu, ani warunków na długą przerwę. Krótki oddech i wsiadłam znowu w siodło. Jeszcze kawałek podejścia dzielił nas od szczytu. Bez dramatycznych przygód przemierzyliśmy kolejne sto metrów, po czym zdecydowaliśmy się dojść na szczyt na własnych nogach. Irys wziął w swoje ręce przeprowadzenie koni, a Gary, Nok i ja skupiliśmy się na własnych nogach. Idąc pod górę szybko zrozumiałam jak drastycznie maleje wydolność człowieka na dużej wysokości. Ledwie stawialiśmy kroki, każdy z nich wydawał się trwać tak bardzo długo. Na szczęście poza ciężkim oddechem i specyficznym poczuciem fizycznej bezsilności nikt nie doświadczył objawów nietolerancji na dużą odległość od poziomu morza.

W siodłach przemierzyliśmy jeszcze fragment drogi po grzbiecie góry. Patrząc potem na mapy oszacowałam, że była to wysokość około 4 tysiące m.n.p.m. Dużo. Nigdy się nie spodziewałam, że będzie mi dane w życiu znaleźć się tak blisko nieba (poza lotami samolotem oczywiście). Powoli skał zaczęło ubywać i zobaczyliśmy, że zbocze góry po drugiej stronie jest znacznie łagodniejsze. Zanim ruszyliśmy w dół pozwoliliśmy koniom i sobie na chwilę odpoczynku. Dobrze było rozprostować kolana. Trochę szkoda, że w chmurach nic nie było widać. Zapewne gdyby ich nie było, rozciągałby się przed nami niezwykły widok. Zrobiłam trochę zdjęć, jednak muszę przyznać, że nie oddają one emocji, które towarzyszyły mi w tej drodze. Przez większość czasu martwiłam się tylko o to, żeby nie wylecieć z siodła i nie miałam chęci ani możliwości, by fotografować. Możecie jednak zobaczyć choć namiastkę tych przeżyć uwiecznionych na zdjęciach.

Kiedy nasz krótki postój się kończył, nagle zza szczytu wyszedł samotnie brodaty mężczyzna. Zaprawiony w górskich wędrówkach, pięćdziesięcioletni Kanadyjczyk postanowił ruszyć do Song Kol na piechotę. Podziw za tę determinację! To jest dopiero wyczyn. Zamieniliśmy tylko kilka słów, ponieważ i nam i jemu zależało na czasie. W górach nie można się zasiedzieć, kiedy przed nami jeszcze dobre kilka kilometrów. To spotkanie przyniosło jednak pozytywny zwrot akcji. Niedługo potem chmur zaczęło być jakby nieco mniej. Powoli zaczęły się nam wyłaniać zaśnieżone pagórki. Zastanawiałam się czy ta płaska biała przestrzeń w oddali to Song Kol, czy tylko fatamorgana.

Nie było jeszcze lekko i bezboleśnie. Śniegu pod kopytami ubywało, ale zamieniał się on stopniowo w coraz większe błoto, co znowu powodowało ślizganie się koni. Droga wydłużała się, ponieważ chcąc uniknąć stromych zejść, podążaliśmy w dół zygzakiem. Pogodziliśmy przez potoki i pagórki, aż w zdawałoby się w jednym momencie chmury się rozwiały i naszym oczom zaczęła się ukazywać bajka. Skupiona znów na trzymaniu się w siodle ślizgającego się konia i patrzenia pod jego kopyta by przewidzieć kolejny ruch, nie wyłapałam momentu, w którym w końcu na ziemi było więcej trawy niż śniegu, aż nagle podniosłam oczy ku krajobrazowi, na którego widok more serce zaczęło mi w głowie śpiewać gospelowe piosenki. Alleluja – cel już niedaleko!

Podaj dalej:

Facebook
Google+
Twitter

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *